Witaj,
Mistrz Gry
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t58-budowanie-postaci
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t179-listy-do-mistrza-gry
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t58-budowanie-postaci
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t179-listy-do-mistrza-gry
Spokojna dróżka
Ciągnącą się między polami drogę zdobi szyld — to jest wolna i spokojna trasa. O ile sam teren nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle całego Wallow, tak jego historia jest dość zabawna. Udeptana z piachu ścieżka rozdzielająca pola uprawne jest bowiem ulubioną trasą miejscowych bandytów na rowerach, jak to zwykła nazywać ich stara pani O’Fallon, właścicielka terenu. Według kobiety wybrali sobie oni z pełną premedytacją to miejsce, żeby rozpędzać się do niebotycznych prędkości, niszcząc posiane zboże. W wiosenne miesiące często daje się słyszeć tutaj okrzyki „Nie po sionym!”, chociaż pedałująca młodzież zdaje się tym zupełnie nie przejmować. Pani O'Fallon wystawiła z tego powodu szyld przypominający wszystkim o ograniczeniu prędkości na tym terenie. Nietrudno zgadnąć, że nie zdaje on żadnego rezultatu.
Mistrz Gry
Wiek :
Miejsce zamieszkania : Piekło
Zawód : Guru sekty satanistycznej
Kamakshi Chande
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t784-kamakshi-chande
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t829-kamakshi-chande
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t845-kamakshi#6293
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t843-poczta-kamakshi#6281
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f152-mieszkanie-kamakshi-chande
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1057-rachunek-bankowy-kamakshi-chande
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t784-kamakshi-chande
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t829-kamakshi-chande
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t845-kamakshi#6293
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t843-poczta-kamakshi#6281
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f152-mieszkanie-kamakshi-chande
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1057-rachunek-bankowy-kamakshi-chande
22 lutego 1985

Znała ścieżki pól Wallow zbyt dobrze. Zbyt dużo czasu spędzała z Imani, żeby nie potrafić się odnaleźć i wrócić swobodnie do domu, gdyby tego wymagały od niej okoliczności. Na polach, pomimo że była to ogromna przestrzeń, nie mogła się zgubić – czego nie potrafiła powiedzieć o lesie.
A to zabawne, bo znała się przecież i z Podmore’ami i Carterami.
I absolutnie nie rozumiała, dlaczego te dwie rodziny się nie lubią. Oczywiście, to były jakieś układy wielkiego świata i wplątana w to przeszłość… ale czy przeszłości czasem nie można było odpuścić? Tak było zdrowiej. Tak mówili buddyjscy mnisi, których czasem odwiedzała, w niewielkiej tajemnicy przed światem, bo jeszcze ktoś mógłby pomyśleć coś dziwnego. A pobliski klasztor był źródłem wiedzy i umiejętności związanych z jogą. A potem – z całą resztą ciała, bo w końcu to była sztuka pogodzenia ducha i fizyczności. Kamakshi była przekonana, że wszystko jest na swoim miejscu, kiedy całokształt człowieka pracuje w harmonii.
Tak czy inaczej – nie rozumiała tej niechęci i uprzedzeń. Obie rodziny miały całkiem miłych członków. Co prawda nie znała wszystkich Carterów, ale znała Leo – i wiedziała, że Leo lubiła. Reszta nie mogła się tak bardzo różnić przecież, prawda?
Będzie musiała go spytać, o co w tym wszystkim chodzi. Może nawet dzisiaj.
Na razie czekała na niego na miejscu – mieli ścieżką podążyć w stronę lasów, które lepiej znał Carter. Spotkanie było o tyle nietypowe, że miał być to trening wytrzymałościowy przeplatany z siłowymi. Chociaż Kamakshi była pewna, że Leo tego nie potrzebuje, był bardzo silnym człowiekiem, no ale cóż. O kondycję trzeba było dbać – i to rozumiała.
Toteż ubrana w ciepłą kurtkę, żeby się nie zaziębić, bo o to było łatwo przy takich wyczynach i temperaturach (chociaż – było to trochę jak zanurzanie się w lodowatej wodzie, hartowało), pomachała jeszcze z odległości do nadchodzącego Leo. Przygotowała im plecak z butelkami wody, których sama oczywiście nie miała zamiaru taszczyć. Skoro Carter chciał poprawić sprawność mięśni… Kilka litrów będzie dla niego niczym.
Zadbałam też, żebyś mi się nie odwodnił – rzuciła na powitanie z uśmiechem, i rzuciła też plecakiem w jego stronę. Taki mały trening na orientację, na rozgrzewkę. – Mam nadzieję, że już jesteś rozgrzany. Czy obijałeś się przez całą drogę tutaj? – zadziornie pytała, kładąc ramiona na biodrach w oczekiwaniu.
Kamakshi Chande
Wiek : 27
Odmienność : Czarownica
Miejsce zamieszkania : Little Poppy Crest
Zawód : tancerka, instruktorka fitness
Barnaby Williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
9 — IV — 1985
! TW ! — policyjny rasizm, fuck yeah, Murica

Banalne zestawy skojarzeń — drzewo. Noc. Cisza.
Każdy zna tę duchotę, która zakleja nozdrza na moment przed burzą; lepkie, pełne wyładowań elektrycznych powietrze przywiera do skóry, osiadające w płucach jak gęsty, malinowy sok. Utrudnia mówienie, poruszanie się, swobodny przepływ myśli — w skondensowanej zawiesinie można jedynie wyczekiwać nieuniknionego; bezradnie, bezczynnie, beznadziejnie.
We wnętrzu radiowozu bywa podobnie.
Radio, ściszone do granicy zrozumienia melodii, jeszcze chwilę temu milczało zupełnie; zawsze milknie, kiedy odzywa się to drugie — policyjne, trzeszczące na krótkich falach, załamujące od przerdzewiałej śruby policyjnych kodów. Pięć minut temu wypluło serię cyfr; ton pozbawiony był jakiejkolwiek dźwięczności, dochodzący z radiowęzła w kolonii karnej na innej planecie, głos złego robota, którego sedno słów zamykało się w prostym komunikacie poleceń.
Wallow, dwadzieścia—cztery—zero—siedem. Przeciętny wzrost, nieuzbrojony, prawdopodobnie ciemnoskóry.
Statystyki przemówiły głosem uniwersalnej prawdy; o włamania rzadko podejrzewano białych.
Najbliższa jednostka, zgłoś się.
Ciche westchnienie to rytuał; sięgnięcie po mikrofon to nawyk — naciśnięcie plastikowej obudowy to próba powstrzymania pytania, czy jeśli przejedzie podejrzanego na polnej drodze to znaczy, że wreszcie położą tu asfalt. Cztery—dwa—zero, zgłaszam się to odwleczenie odwiedzin w czasie; patrol w Wallow był wymówką, która zbyt szybko przeobraziła się w faktyczną pracę za którą płacą mu faktycznymi pieniędzmi faktycznych podatników.
Przeturlanie się wertepami polnych kolein miało być skrótem — od wiejskiego sklepu oddzielało go kilka mil właściwą drogą i prawdopodobnie tylko mieszkańcy Wallow wiedzieli, że wyprawę można okroić o połowę. Wystarczy skręcić w prawo, na rozciągniętą między połaciami pól dróżkę; lata temu — w innym życiu — ten sekret wyjawiła mu Daisy; już wtedy właścicielka terenu podejmowała pierwsze próby ograniczenia prędkości. Ponad pół dekady później droga nadal służyła lokalnym rajdowcom i nielokalnym gliniarzom; tego wieczora — kiedy za towarzystwo pozornie miała tylko gwiazdy — zyskała nową rolę; spacerniaka.
W podskakujących na nierównościach świetle reflektorów wszystkie sylwetki są czarne i każda jedna porusza się chwiejnie; ta, która raźno kroczyła poboczem, przystanęła na dźwięk silnika — nawet we wtorkowe, późne wieczory ciekawość przegrywa z instynktem, a spowalniające auto z przekonaniem, że winny włamania do jednej z wiejskich chatek jakby nigdy nic czekałby, aż radiowóz zatrzyma się obok.
Dobry wieczórto się dopiero okaże; pył polnej drogi wdzierał się przez odsuniętą szybę, zapraszając do wnętrza radiowozu chrzęszczące drobinki piachu i rześkie powietrze nocy. Radiowy zegarek ogłaszał z dumą, że minęła dwudziesta trzecia; normalni ludzie odkrywają o tej godzinie zalety własnej pościeli. Pozostali to policjanci, złodzieje albo kurwy; Williamson posiadał podejrzenia co do zawodu raźno maszerującego poboczem mężczyzny — coś mu mówiło, że z mundurem łączą go nieszczególnie zażyłe relacje. — Nie za późno na spacery?
— Nie za późno na durne pytania, puto?
Głos był cichy, stłumiony i — tak, tak; to rasistowskie — brzmiał tak, jakby po godzinach zajmował się sprzedażą meksykańskich sombrer. Wszystkie znaki na niebie, ziemi i masce radiowozu wskazywały na to, że dolatywał z miejsca pasażera; tyle, że to — nie licząc plastikowego, zawiniętego w zaparowaną siatkę pojemnika, z którego zapach burrito przedzierał się nawet przez warstwy opakowań — było puste.
Wniosek?
Zaciągnięty gwałtownie ręczny dołączył do pisku sfatygowanych hamulców; Williamson — nadal za kierownicą i nadal w radiowozie, ale z odpiętym pasem — wpatrywał się w mężczyznę po drugiej stronie drzwi, jakby ten przed momentem rąbnął z rozgwieżdżonego nieba prosto w pole kukurydzy; niedowierzanie mieszało się z fascynacją.
Coś ty powiedział?
Barnaby Williamson
Wiek : 33
Odmienność : Czarownik
Miejsce zamieszkania : Stare Miasto
Zawód : oficer oddziału Czyścicieli w Czarnej Gwardii
Marvin Godfrey
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
Tw: kontynuuję niepoprawną politycznie myśl Pana Williamsona


Spokojne wiejskie noce są spokojne – i wiejskie. Często pachną ziemią, ale czasem nieczystościami nielegalnie wylewanymi przez sąsiada, gdy tylko zapadnie zmierzch. Takie to są właśnie te małe, plebejskie tragedie. Znacznie mniej w nich dramatów charakterystycznych dla miasta – pościgów, wybuchów i śmiertelnych postrzałów. Za to znacznie więcej w nich małych świństw powodujących od niepamiętnych czasów wykwitanie naturalnych ognisk wąglika w okolicy.
Tylko piekielna opatrzność sprawiała, że jeszcze nie tutaj.
Marvin lubił spacery – zwłaszcza te w stanie, który zdecydowanie nie sprzyjał odpowiedzialnej jeździe, a w takim aktualnie się znajdował. Zwykła wieczorna rutynka przypadająca na losowy dzień tygodnia, na losowy nastrój i równie losowe towarzystwo. A dzisiejsze było znacznie okrojone – nic nie szkodzi, nie codziennie jest się psem na baby i towarzyskim odkryciem roku. Czasem jest się pizdą w kapciach. I tacy idą do sklepu po jeszcze kilka pieszo.
Ale nie wszyscy są tak rozsądni – bywają i tacy, dla których dzień zaczyna się od szklaneczki, drugiej, trzeciej, a potem rundki po okolicy – takich Marvin też znał, wyrastali tu i ówdzie. Nawet w bardzo porządnej rodzinie trafiała się czasem chora odnoga, która lubiła ułamkiem sekundy i dobrze wycelowanym impetem zderzenia podarować cudzym kolanom moc zginania się w drugą stronę.
Naturalnym odruchem tych drugich jest dosłyszenie zbliżającego się pojazdu, zatrzymanie na poboczu i przeczekanie, aż rzeczony zniknie za kolejnym zakrętem. Widok tego konkretnego – z widocznym oznakowaniem – nie podniósł Marvinowi ciśnienia, nie zmarszczył brwi, ani nosa. Dziś Marvin był niewinny.
A gdyby tylko anonimowy mundurowy zaczął do Godfreya strzelać – oskarżeniami, znaczy; bo przecież nawet w ciemności błyskające w uśmiechu zęby nie stanowiły takiego kontrastu dla skóry, by można byłoby pomylić go z czarnym – dowiedziałby się szybko, że temu jednak najbliżej jest do kurwy; ludzie go wynajmują, on się schyla do swojej roboty, a ci tymczasem mają zaszczyt pooglądać sobie jego dupę, zakrywaną przez zdecydowanie zbyt luźne spodnie.
Refleks już nie ten, gdy w żyłach buzuje trochę za dużo gazowanego piwa – nim odpowiedział na dobry wieczór, już padło pierwsze pytanie.
I odpowiedź, której Marvin nie dosłyszał. Aż ściągnął kaptur i pochylił się nieco, by przyswoić może nieco więcej faktów, by wyciągnąć jakieś wnioski. Na przykład o tym, kim jest partner szanownego kierowcy, którego głos dotarł do Marvina jak z popsutej automatycznej sekretarki. Czyli sam pół-agresywny ton i ostatnie słowo.
Dlaczego czuł, że jednak ma kłopoty? A jeszcze nawet nie dojrzał plakietki na piersi funkcjonariusza; oblanie się zimnym potem los pozostawił mu na później.
Puto? – Powtórzył jak dzieciak z echolalią. Jego własne niedowierzanie mieszało się z niedowierzaniem policjanta, bo nikogo Godfrey nie dostrzegł na siedzeniu pasażera.
A może to jednak było radio?
Marvin Godfrey
Wiek : 34
Odmienność : Słuchacz
Miejsce zamieszkania : Wallow
Zawód : Złota rączka
Barnaby Williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
Dwadzieścia sekund i jedno pytanie temu rzeczywistość zrobiła fikołka; na wiejskiej drodze, gdzie niesubtelna woń naturalnego nawozu i znacznie subtelniejszy odorek alkoholu skomponowały syntezę wódy wody kolońskiej Eu de Wallow, mocą tysiąca i jeden wolt powinny rozpalić się czerwone, ostrzegawcze światełka. Deska rozdzielcza podejrzliwości nigdy nie zawodzi; czasami po prostu reaguje za późno.
Dwadzieścia sekund — i o dwa puto za dużo — temu niepozorny patrol zmienił formę; Williamson miał dokładnie pięć sekund na wyobrażenie sobie, że gdzieś w polu prosa — albo za tym przerośniętym strachem na wróble — ukrywa się reżyser. Klaps, akcja; pierwsza scena, początek dowcipu. Lokalny pijaczek i już—nie—lokalny policjant spotykają się na wiejskiej drodze, żaden nie zna hiszpańskiego, ale to bez znaczenia — werwa wyzwisk pokonuje językowe bariery.
Na fali zdublowanego puto dryfowały dwa istotne spostrzeżenia; po pierwsze, właściciel głosu na poboczu nie brzmiał jak autor pytania; po drugie — znacznie istotniejsze i z powodu tej istotności zwyczajnie niedorzeczne — to nie mężczyzna po drugiej stronie drzwi wypowiedział słowa. Kalejdoskop podejrzeń ściśnięty w dwóch sekundach obserwacji; zgaszone radio milczało wymownie, rozświetlona reflektorami droga była pusta, strach na wróble tkwił w polu nieruchomy i ukrzyżowany, a usta Williamsona — do tej pory zaciśnięte — uformowały pierwszą sylabę polecenia tylko po to, żeby—
¡Ay, caramba! Amigo, gdybyś był bardziej napruty, zostałbyś poszewką.
To zdecydowanie nie jego głos; nie dlatego, że ten brzmiał absurdalnie, jak płaczliwe wyznanie w niezrozumiałym języku albo szyicki melodramat bez napisów — ale dlatego, że struny głosowe Willimsona nie drgnęły aż do elokwentnego — Orestes byłby dumny — filozoficznego zagadnienia, które w sekundę połączyło strumień myśli gliniarza i lokalnego konesera napojów wyskokowych.
Co do chuja?
Rezerwy dialogowe w zupełności się wyczerpały; ktoś rozlał kawę na scenariusz, więc czas rozpocząć sztukę improwizacji — niezlokalizowane źródło głosu i odór magii (iluzji? Potencjalny rytuał? Myśl, Williamson) musiały zaczekać. Po drugiej stronie czekał mężczyzna, który prawdopodobnie był niemagiczny i — na szczęście — zwyczajnie napruty (jak poszewka); rano uzna, że to wszystko było snem albo brudnym bimbrem.
Sir, odsuń się od wozu — nie zdążył złapać za klamkę drzwi, kiedy—
— Bo dostaniesz z nawozu!
Coś strzyknęło w szyi i przestawiło dwie kości w karku — Williamson za szybko i zbyt energicznie odwrócił głowę w kierunku, z którego dolatywał komentarz na żywo. Opakowanie na siedzeniu pasażera wyglądało niewinnie; było białe.
Przygotuj dokument tożsamości—
Wiedział — przeczuwał w powietrzu, w którym coraz mniej woni wsi, coraz więcej chmielu — że słowa znów nadlecą; nawet nie odwrócił wzroku od pudełka, obserwując, jak to kładzie wisienkę na tym ubitym z paranoi torcie.
— —i figurkę Jezuska z ości—
Teraz przesadziłeś.
—przeprowadzę kontrolę trzeźwości, a ty przestań, kurwa, rymować — było niedorzecznie, teraz jest po prostu paranoidalnie — palec, wycelowany w owinięte w reklamówkę pudełko, miał w sobie tyle ostrzegawczości, że mógłby wygnać mięso z burrito i zwrócić je na łono natury; łąk dookoła było wiele, tylko krowa rozporcjowana.
Hijo de puta, to wypuść mnie z pudła, nie odczytałeś moich praw!
Szarpnięcie za klamkę i otworzenie drzwi to sekunda — nawet nie spojrzał, czy nie wtrąci nimi nikogo do wiejskiego rowu.

Marvin, możesz (ale nie musisz) wykonać rzut k3 na przypadek losowy, który urozmaici tę magiczną noc:
1 — być może posłuchałeś polecenia lub o jedno piwko za głęboko zachwiały twoją stabilnością; stawiając krok w tył, okazuje się, że masz za sobą rów
2 — otworzone z werwą drzwi radiowozu nadlatują na tyle szybko, że nie zdążyłeś się odsunąć; przemoc policji właśnie przybrała formę karoserii zderzającej się z twoim bokiem
3 — w rzucanym przez reflektory świetle dostrzegasz, że na sam środek drogi wtargnął nieoczekiwany gość; cochlea pewnie przyglądałaby się wam z zainteresowaniem, gdyby tylko miała oczy — nie licząc oczodołów w czaszce, którą nosi zamiast muszli
Barnaby Williamson
Wiek : 33
Odmienność : Czarownik
Miejsce zamieszkania : Stare Miasto
Zawód : oficer oddziału Czyścicieli w Czarnej Gwardii
Marvin Godfrey
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
Nie był aż tak pijany.
Świat według Marvina Godfreya mógł być obecnie zadziwiająco lekki, jakby nie ważył absolutnie nic, niczego nie obiecywał i donikąd — jak ta droga — nie prowadził, ale istnieją także takie stopnie zakrzywienia rzeczywistości, co do których miałby pewne wątpliwości, nawet na rauszu będąc.
Jednym z takich właśnie zakrzywień było gadające żarcie. I stróż prawa bardzo zaangażowany w dialog z tymże.
Dlatego też Marvin, zamiast zareagować jakkolwiek na tę galopującą paranoję, przyczaił się za oknem wzburzonego funkcjonariusza i po prostu obserwował — trochę tak, jak patrzył kiedyś na kolejny wybuch babci Dolores i pękającą zastawę w bezowocnej próbie okiełznania własnej magii. Jedna z takich prób była jej ostatnią — niepotrzebnie porwała się na tak skomplikowany rytuał, co właściwie chciała tym udowodnić? Moment sam na sam z mundurowym niósł za sobą poniekąd podobny ładunek przerażającego niedowierzania.
Po prostu patrzył więc. I słuchał. A po raz drugi nawet dosłyszał i aż się żachnął, poruszony do głębi.
Że ja napruty? — Długo nie czekał, by ostre jak bicz słowa pochlastały i jego godność. Marvin Godfrey przecież napruty nie mógł być, póki stał na nogach, trzymał pion bez problemu i nawet nie powiewało nim na boki, gdy tak szedł ciemnością.
Spojrzenie Marvina wyrażało jednak powoli rosnące przekonanie, że to nie on padł dziś ofiarą dziwnego żartu; a jak pójdzie dobrze, to może nie padnie żaden strzał — ale i ta nadzieja upływała jak przydatność do spożycia jego ulubionych lodów, których zapomniał wyciągnąć ze sterty zakupów w zeszłym tygodniu. Bo może i coś ich tu równo szkalowało w języku sprzątaczek i niskiego — hehe — personelu fizycznego, ale przynajmniej policjant wyglądał na takiego, co za chwilę w kolejności dowolnej albo strzeli anonimowemu rymowaczowi, albo — z braku laku — Godfreyowi.
Dopszzz, Panie Władzo — i w tym magicznym momencie opuścił jego usta falset pierwszy. Odsunął się grzecznie od drzwi, a nawet odrobinę chciało mu się wyrwać parsknięcie — bardzo nie na miejscu — gdy przytłumiony głosik wciąż szkalował na całego, dolewając oliwy do ognia, który zapewne wkrótce zapiecze Marvina w samo odsłonięte dupsko.
I gdy tak się kolejne ogniwa łańcucha pokarmowego sprzeczały ze sobą w najlepsze, coś przykuło uwagę Godfreya. Żachnął się, ale nie zakrzyknął żadnego entuzjastycznego cochlea w reakcji na małego ziomeczka, przemierzającego z całym pędem swojej pięknej stopy na drugą stronę wąskiej drogi. Kto wie, jak stóż porządku by zareagował na mięczaka z czaszką na plecach?
Oj, oj — i właśnie w tym momencie Marvin zaczął mieć w poważaniu dziwne zjawisko w radiowozie, samego policjanta otwierającego z łoskotem drzwi pojazdu, czy nawet swoje bycie trzeźwym inaczej. Zawinął mięczaka z drogi i z braku innych sensownych opcji… ukrył przed ciekawskim wzrokiem, przykrywając dłoń, w której go trzymał, połą kurtki.
Tylko nie ruszaj się, przyjacielu. Wszystko będzie dobrze.

Wyrzucam 3 — cudowna wiadomość
Marvin Godfrey
Wiek : 34
Odmienność : Słuchacz
Miejsce zamieszkania : Wallow
Zawód : Złota rączka
Barnaby Williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
Nie płacili mu aż tyle — zdecydowanie nie płacili mu za to.
Pulsujący w skroniach ból jeszcze nie był bólem; raczej zapowiedzią, że za około cztery burrito—rymy i dwa niezbyt bystre pytania jeszcze—nie—zatrzymanego do spektaklu dołączy pani migrena. Gdyby w krwiobiegu miał połowę procentowej wartości tego, co przemykało żyłami lokalnego amatora chmielu, być może — z naciskiem na może — doceniłby komediowy walor tego scenariusza. Chwilowo doceniał wyłącznie łatwy sposób na pozbycie się gadatliwego problemu; nie musiał nawet używać pięści — wystarczyły trzonowce.
— Że ja napruty? — w głos zapudełkowanego — i teraz, na domiar złego, papugującego — burrito zakradła się nutka histerii; zamiast stygnąć, zaczęło grzać się z emocji. — A umiesz rozwiązać buty?
To coś, czego Williamson nigdy nie przyzna na głos — ani prawdopodobnie nigdy więcej w życiu — ale burrito mogło mieć rację; stan upojenia łatwo ocenić po cudzej umiejętności operowania sznurówkami. Otworzone z impetem drzwi nie wtrąciły nikogo do rowu i nawet broń za paskiem nie doczekała się debiutu; brutalność policji tej nocy ograniczyła się do przemocy słownej wobec — to akurat typowe — mniejszości etnicznej.
Jak liczna była społeczność gadającego burrito w Hellridge? Nie zdążył zapytać; miejsce, w którym przed momentem kołysał się mężczyzna, odgrażało się pustką — na wartkim prądzie alkoholu zdążył dotrzeć w światło reflektorów i przez sekundę wyglądał jak sarna na sekundę przed potrąceniem.  
Co do—
Chuja, tym razem nie wybrzmiało — filozoficzne zagadnienie zyskało nową warstwę zagadkowości; nie od dziś wiadomo, że słowa niewypowiedziane obrastają mchem legendarności.
— Co się dzieje?
Zainteresowanie burrito dołączyło do powszechnego chaosu — mężczyzna schylał się (i nie wywracał) po ślimaka, któremu bliżej było do rysunku spod kredki opętanego przedszkolaka niż faktycznego winniczka.
Nic się nie dzieje, ślimaka znalazł — czaszka w miejscu skorupy powinna przerażać — to jedyna przydatna funkcja cochlei — ale w tym wypadku dokonała niemożliwego; wzbudziła potrzebę troski. Williamson obserwował proces podnoszenia obrzydliwego skorupiaka i zaczynał doceniać własną powściągliwość; gdyby naprawdę zjadł gadające burrito, to mogłoby wrócić na świat tą samą drogą, którą z niego odeszło.
Al menos no estás comiendo caracoles! Podnieś mnie trochę, też chcę zobacz—
Po trzech minutach kulinarnych sprzeczek i jednym zbłąkanym cochlea na środku wiejskiej drogi okazało się, że argument siły znów wygrał z siłą argumentu — buritto zamilkło, kiedy szczęknęła broń; odruch bezwarunkowy w świecie, w którym lokalny pijaczek wsuwa dłoń za pazuchę kurtki.
Wysoki sądzie, to konieczna samoobrona; miał w dłoni magicznego ślimaka.
Obie ręce na widoku i obyś w jednej trzymał dowód — nie rzeczowy — ten miał czaszkę na ślimaczym ciele i właśnie ukrywał się pod pazuchą kurtki — osobisty.
Powaga sytuacji zaczynała się tam, gdzie dłoń dotykała broni; ta nadal tkwiła za paskiem i była zabezpieczona, ale nawet ukryty przed światem cochlea mógł przeczuwać, że limit nieostrożnych ruchów na ten wieczór został wykorzystany.
— Pokaż mu papierek albo skończysz dziś jak serek! — okrzyk z siedzenia pasażera wdzierał się w wiejski wieczór nawet przez warstwę plastiku. — W moim farszu miało to więcej sensu.
W jego farszu było wszystko — poza sensem.
Słuchaj no, ty rozmiękły naleśniku z awokado — tego nie uczyli w akademii policyjnej — negocjacje z burrito ze wzrokiem wbitym w lokalnego pijaczka plasowały się na drugim miejscu szkoleniowych niedopatrzeń. Zamknięty w pudle — tam, gdzie jego miejsce — przykład meksykańskiej sztuki kulinarnej zapowietrzył się z oburzenia.
— Nie mam w sobie awokado, sam powiedziałeś przy zamówieniu: tylko bez awokado, wolę jeść pescado!
Punkt dla burrito; naprawdę tak powiedział.
Słuchaj no, ty rozmiękły naleśniku, którego zaraz wypierdolę w proso — czymkolwiek nie były zasiane pola po obu stronach drogi, to na pewno nie proso; Daisy, obserwująca zajście z Piekła, pewnie zaczynała popierać w tej kłótni burrito. — Jeszcze słowo i zamiast w brzuchu Orlovsky'ego, wylądujesz w rowie.
Barnaby Williamson
Wiek : 33
Odmienność : Czarownik
Miejsce zamieszkania : Stare Miasto
Zawód : oficer oddziału Czyścicieli w Czarnej Gwardii
Marvin Godfrey
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
Po butelce znacznie mocniejszej, niż jakieś tam piwo, czy sześć, Marvinowi zdarzyło się już czasem walczyć z czymś tak skomplikowanym jak zapięcie biustonosza — a nawet wychodzić z tych starć zwycięsko. Dłonie miał zręczne, postawę pewną i wyćwiczoną — nie brakowało mu niczego, by pochylić się i zawiązać but — sobie, czy funkcjonariuszowi, gdyby ten tylko go o to poprosił — bo a jakże, mógłby zrobić mu tym tę przyjemność, gdyby okazało się, że to jego w istocie dotknęła podobna bolączka, a głosy w rzeczywistości są wytworem czegoś, czego Marvin się ubocznie nawdychał przez odsunięte okno radiowozu. Zamiast policjanta jednak aluzję poczynił znów ten sam niezidentyfikowany głos, a czarka goryczy — zapewne — przelała się o kolejną kropelkę.
Która będzie tą ostatnią?
Długo miał na to nie czekać, gdy skądinąd znajomy dźwięk zakłuł w bębenki uszne i uruchomił kaskadę pobudzającą nadnercza do wytężonej pracy. Marvin zatrzymał się wtedy w pół gestu, nadal ze ślimakiem za pazuchą i z pewnego rodzaju niedowierzaniem przypatrywał się ciemnej sylwetce, śledzącej każdy jego ruch.
…No co pan, panie–
Zabrzmiał falset drugi, a ręka — najpierw ta lewa, wolna, następnie prawa — upaćkana śluzem i bardzo szekspirowska, ukazały się funkcjonariuszowi w pełnej krasie.
I znów ozwał się głos; z całą jadowitością, na jaką tylko było stać jego nadzienie. Od tego przekrzykiwania się jednego z drugim lada moment nie tylko policjanta rozboli głowa — cochlea wyglądał na niezwykle wrażliwego i przejętego całą sytuacją — przystanął bowiem w swoim ślimaczym pędzie, a nawet przestał czułkami badać otoczenie. Te zresztą owiewał właśnie lekki, wiosenny wiatr — dumny mięczak stał na szczycie świata!
Czy– czy mogę zadać pytanie? — Wziął się Marvin w garść i uruchomił normalny tembr głosu — chciałbym odłożyć tego tu — wskazał łbem na swoją zdobycz — o tam — ten sam łeb sprecyzował nieokreślone tam, w okolicy pola. A na pewno bliżej pobocza.
I byłby może dodał coś jeszcze; na przykład o dokumentach, których nie wziął ze sobą z domu — gdyby nie znajomo brzmiące nazwisko.
Charlie?! Znam przecież. To mój kolega — w sekundę od nieporozumienia zalała Marvina pełna zgoda — na gadające, nieokreślone coś, które każdego kogo tylko mogło, już obraziło; na zimno wdzierające się pod rozpiętą kurtkę; na kręćki w głowie; a nawet na swój pieski los pojmanego.
Wszystko odczarowało znajome nazwisko Orlovsky. Czy jakoś tak.
Bo miał wielki problem z zapamiętaniem tego losowego szyku liter.
On mieszka tam — i tu znów wskazał gestem przestwór pól nieznany — to mnie zidentyfikuje. Bo tak się nieszczęśliwie składa, że nie mam ze sobą dokumentów. Ale każdy zna tu Marvina Godfreya.
A jeśli nie jego, to przynajmniej jego starego, wypruwającego sobie flaki na farmie Padmorów.
Marvin Godfrey
Wiek : 34
Odmienność : Słuchacz
Miejsce zamieszkania : Wallow
Zawód : Złota rączka
Barnaby Williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
Dolar za każde no co pan, panie? i mógłby wystawić własną armię rozmiękłych naleśników z awokado.
No co pan, panie? w półmroku wiejskiej nocy — na dodatek z dłonią na broni i spojrzeniem sugerującym, że nikt nie musi ucierpieć; zwłaszcza magiczny ślimak — napotkało wymowną ciszę. To nie był czas na dyskusje; nie pomyślało gadające burrito nigdy.
— Kto pyta, ten żałuje, bo gliniarz go pałuje — rym z serca burrito nie zasłużył tym razem nawet na zerknięcie — w raporcie trudno byłoby wyjaśnić pięć dziur postrzałowych w tapicerce siedzenia pasażera; zdecydowanie łatwiej wytłumaczyć się przed przełożonym.
Wystarczy zacząć od panie komendancie, meksykańskie—, żeby ten kiwnął głową z całkowitym zrozumieniem dla sytuacji, gdzie zrozumiałe nie było nic.
Odłóż puść ją, powiedziałem, mogłoby zabrzmieć w serialu o przygodach małomiasteczkowego policjanta, który w trakcie nocnego patrolu natknął się na lokalnego konesera napojów wysokoprocentowych, magicznego ślimaka i gadające burrito; coś, co brzmiało jak początek nieszczególnie zabawnego dowcipu, było jego życiem. — To na pobocze.
— Albo cię kopnie w krocze!
Ja pierdolę, kurwa mać.
Dłoń na rączce broni zaczęła swędzieć; zaczął rozważać wszystkie za i przeciw postrzelenia pudełka gadającego żarcia. Za — prawdopodobnie przestanie mówić. Przeciw — Orlovsky miał dość śrutu na najbliższe pół dekady; nie potrzebował dawki przypominającej w burrito.
Twój kolega, hm? — wędrówka na pobocze zakończyła się sukcesem: cochlea opuściła dłonie bohatera swojej wsi; został po niej tylko śluz na palcach. — Znacie się ze służby? — to niepozorne pytania; zwykłe, przypadkowe, nieszkodliwe. Naturalne w świecie, gdzie magiczne ślimaki pełzają środkiem drogi, Williamson wyciąga z radiowozu alkomat, a burrito przemawia rymem.
W tym śledztwie nie zgadzały się tylko poszlaki; Charlie nie był duszą towarzystwa — kim w tym równaniu był lokalny amator piw dwanaście w cenie ośmiu? Byłym żołnierzem — prawdopodobnie, nawet w półmroku nie wyglądał na strach na wróble. Gwardzistą? Dopuszczalna, ale wątpliwa ewentualność; po sześciu latach te dłużej trwające twarze utrwalały się w pamięci.
Pozostałe umierały za szybko, żeby je zapamiętać.
Panie Godfrey, teraz mi pan podmucha.
To nie są słowa, które brzmią dobrze w szczerym polu późnym wieczorem — wie o tym nawet gadające burrito.
— Hej, glino, to chyba nielega—
Rutynowa kontrola trzeźwości — ostre przerwanie wykładu na temat legalności dmuchania w miejscu publicznym zbiegło się w czasie z wyciągniętym w kierunku mężczyzny alkomatem; był czarny — alkomat, nie mężczyzna — i posiadał wystający element stworzony do dmuchania. Zanim pan Godfrey oznajmił, że nieszczególnie ma ochotę, Williamson wsunął plastikową końcówkę między jego usta; trochę zbyt sprawnie jak na warunki, w których się znaleźli.
Nie przestawaj, dopóki nie powiem.
To był błąd i wiedział, że to błąd — burrito w opakowaniu zapowietrzyło się, wyrzucając piskliwe:
— On to powiedz—
Stop.
Do badanego alkomatem czy burrito? Trudno ocenić — ważne, że zadziałało; milczenie na siedzeniu pasażera przedłużało się z każdym mignięciem lampki, która wreszcie zasygnalizowała gotowy wynik. Williamson uniósł alkomat na wysokość oczu i westchnął, prawie rozczarowany.  
Panie Godfrey, rekordu nie będzie. Tylko półtorej promila — krok w tył był niewerbalną formą za mną — nawet lekko podpici nie—podejrzani powinni bez trudu rozczytać sugestię. — Zapraszam do tyłu, odwiedzimy Orlovsky'ego, żeby—pozbyć się tej gadającej góry cholesterolu i sprawdzić, czy nie przyszyli mu kutasa zamiast palca; a jeśli nie to zapytać, dlaczego — — potwierdzić pańską tożsamość.
Tylne drzwi radiowozu nie miały w sobie nawet ułamka dziesiętnego zachęty — tę rolę przejął samozwańczy poeta, bard meksykańskiej sceny muzycznej, artysta niesłusznie zamknięty w plastikowym, termicznym pudle. Zanim Williamson zdążył stuknąć palcami o karoserię drzwi — pat—pat zniecierpliwienia, którym odmierzał chwiejne kroki mężczyzny — burrito już przemawiało.
— Wskakuj, kochaneczko, bo zachlało ci się deczko!
Kontrowersyjne opinie i podlana salsą niezgoda, ale jednego nie można mu odmówić — na wszystko miało rym.
Barnaby Williamson
Wiek : 33
Odmienność : Czarownik
Miejsce zamieszkania : Stare Miasto
Zawód : oficer oddziału Czyścicieli w Czarnej Gwardii
Marvin Godfrey
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
Odkładając ślimaka na miejsce, mógł swobodnie przyjrzeć się temu, co rośnie w polu — nostalgicznym urywkiem przypomniał sobie, tak robiła jego babcia. Ledwie skończył trzynaście lat, gdy kazała siadać mu w fotelu kierowcy, musisz się przyuczać, wiecznie żyć nie będę, i kazała się wieźć w nieznane. Im wolniej jechał, tym mniej marudziła — zawsze dostosowywał prędkość do gęstości zasiewu sąsiada. I pory roku.
Babcia lubiła wiedzieć, co u kogo rośnie i czy ładnie.
I dziś, zaczerpując ostrożnie z tej krynicy mądrości, co wystosowała pamięciowy apel z zaświatów nabrał przekonania graniczącego z pewnością, że to, co rośnie na tym polu, to raczej nie będzie proso.
Ale coś mu podpowiadało, by się ze swoim przekonaniem jednak nie uzewnętrzniać.
Oszczędny w ruchach, po wykonaniu polecenia trzymał obie ręce w powietrzu jeszcze przez dobry moment, nim odważył się wytrzeć na wpół zaschnięty śluz w kurtkę. Godności już nie ocali, było na to o jednego policjanta i gadające burrito za późno. Ale zawsze mógł próbować oszczędzić mundurowemu podejrzeń, że ten śluz to po to, by się wyślizgnąć z kajdanek.
I przyznać musiał, nawet odrobinę przywykł do rymowanych przytyków — te jak na razie wzbudzały tylko oszczędne grymasy w okolicy ust. Co jednak będzie, gdy Marvin się ośmieli?
Wyjście miał jedno, przemówił ponownie. Lekko poddenerwowany, a jeszcze nawet jego głęboko niedowidzące oczyska nie spostrzegły plakietki na mundurze. Falset trzeci musiał jeszcze chwilę poczekać, głos był stabilny i pewny. Chód również.
Względnie.
Kolega. Sąsiad. Ze szkoły się znamy — czy mógł puścić wodze fantazji, wymyślając jakąś szczególnie kreatywną ściemę? A jakże. Kusiło go wręcz przez ułamek sekundy, by w odpowiedzi obniżonym głosem zacząć opowiedzieć ci, synek, o Wietnamie?
Mógłby. Ale za mało wypił.
I zdecydowanie nie to, co trzeba. Takie akrobacje w i tak rozbrykanym już umyśle wyzwalał wyłącznie wysokoprocentowy wyrób domowy.
To nie była ta noc.
To noc dmuchania.
I jak poprzednie uwagi pyskatej przekąski Marvin puszczał w dużej mierze mimo uszu, tak tym razem—
Uśmiech, z którym podszedł do funkcjonariusza — i alkomatu — był podejrzanie szeroki.
Tak jest! — Entuzjastycznie, może zbyt entuzjastycznie. Grzecznie dostował się do instrukcji, nie błysnął nawet świnśkim oczkiem, dopóki—
No, nie wytrzymał.
Parsknął. Aż łzy wezbrały w kącikach oczu, a pierś zapiekła w bólu wstrzymywanej radości.
Ale dodmuchał, co kazano, dopóki nie padło magiczne stop, a po nim wynik.
Nie napawał dumą, rzeczywiście. Zachowanie również, choć robił, co mógł, by jeszcze nie wyśmiać wszystkiego mężczyźnie w twarz.
Za to mógłby wygrać zwiedzanie tylnego siedze—
A. To ja mam wsiadać z pa—
Wychylił się, by spojrzeć. Tylko on, on, i—
...ono
Jak długo wytrzyma w tej edycji spróbuj się nie zaśmiać?
Ja mogę przejść się, i tak na spokojnej dróżce nie wolno się rozpędzać — zająknął się.
Ale wsiadł.
A pan funkcjonariusz to często tu tak nas patroluje? — Zagaił przyjaźnie, jakby chcąc ukryć swój oczywisty dyskomfort związany z głęboką dupą, jaką tego wieczora wylądował. A miała to być tylko rutynowa wyprawa po coś do podlania gardła — bo chyba wcześniej nie spotkałem.
Marvin Godfrey
Wiek : 34
Odmienność : Słuchacz
Miejsce zamieszkania : Wallow
Zawód : Złota rączka
Barnaby Williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
ANATOMICZNA : 5
ODPYCHANIA : 33
WARIACYJNA : 1
SIŁA WOLI : 11
PŻ : 189
CHARYZMA : 8
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 5
TALENTY : 16
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t285-barnaby-williamson#794
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t404-barnaby-williamson#1290
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t405-poczta-barnaby-ego-williamsona
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f107-ulica-staromiejska-9-6
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1062-rachunek-barnaby-williamson
Żegnaj, magiczny ślimaku; witaj, magiczny przedstawicielu Wallow.
Widok pentakla bywa zbędny, kiedy obecność — paskudnej z kształtu muszli — cochlei nie wyrywa z gardła wrzasku zwykle rozpoczynającego się od Jezu; Jezu to słowo—wytrych, Jezus Maria to sklejka—odpowiedź. Strach to dobry sposób na zweryfikowanie, z jakiego rodzaju obywatelem Hellridge ma się do czynienia; tym, który zna inkantację na magiczne pierdy czy takim, który jezusuje częściej niż zasługiwał na to nosiciel imienia.
Drugą wskazówką w prostym równaniu jest Orlovsky — znajomość otwiera furtkę potencjalnych powiązań; szkółka kościelna, sąsiedzkie rytuały, samotność protektora zapijana w towarzystwie lokalnego konesera trunków.
Trzy w jednym, bingo — kolega, sąsiad, ze szkoły się znają — prawdziwe życie gwardzistów zawsze zaskakiwało. Strzępki informacji na temat ludzi, którzy każdego kolejnego miesiąca w czerni coraz bardziej tracili na człowieczeństwie, przypominało otwieranie osamotnionych okien w kalendarzyku. Gdzieś w półcieniach ukrywały się ściśle strzeżone sekrety, dawne znajomości, życie sprzed; sprzed cyrografu, odsprzedania ostatnich strzępków duszy — sprzed odkrycia, że nie będzie już żadnego po.
Parsknięcie śmiechem — co za dziwny dźwięk; ludzie naprawdę tak potrafią? — kopnęło namysł w twarz; łokieć złożony z chrząstki tak jest! poprawił uderzenie. Filozoficzne dywagacje na temat słuszności podjętych decyzji musiały zaczekać — Williamson wrzucił je do słoika opisanego zamaszystym nigdy i dla pewności potrząsnął; wydawało się, że po zakręceniu wieczka zasnęły.
Wsiadaj pan, podwózka na koszt podatników — sprzeciw był potencjalnością, ale nie rozwiązaniem — tym zwykle bywała przemoc. Dziś popłynął tylko śluz i kilka(naście) meksykańskich rymów; na kolejny nie musieli czekać długo.
— Oskubmy z oszczędności tych biednych smyków!
Trzask zamykanych drzwi — najpierw tych z tyłu z niemagiczną funkcją otwierania tylko od zewnątrz — podsumował wysiłki burrito; temperatura w opakowaniu nie miała żadnego wpływu na jego umiejętności składania niepokojąco celnych rymów. Pobudzony do życia silnik prawie zagłuszył pytanie z tylnego siedzenia; pan funkcjonariusz milczał przez pierwsze pięć jardów powolnej wędrówki przez wiejskie wertepy.
Strach na wróble był granicą — dla milczenia i nabrania prędkości.
Nieczęsto — przynajmniej w mundurze i ciepłym radiowozie, który od czasu do czasu wypluwa mechaniczne polecenia centrali; tej nocy do symfonii dołączyło rymujące burrito i lokalny koneser chmielu. — Za to trochę znam sąsiedztwo.
Znałem — czas przeszły adekwatny. Przez sześć lat może zmienić się wszystko — przez sześć lat zmienił się on; ktoś wyciął dawnego Williamsona z radosnej widokówki Hellridge i zastąpił go czymś innym — atrapą z kartonu, wypalonych papierosów i nieprzespanych nocy.
Stary Campbell nadal pędzi bimber w stodole czy wreszcie go zamknęli w pusz—
Burrito zachłysnęło się salsą, szczerze zachwycone grą słów; niedoczekanie, ty placku żytni.
W więzieniu?
Trzeba znacznie więcej, żeby zniechęcić meksykańskiego pasażera na gapę; na przykład nasłać na niego ICE.
— A stary Donald nadal farmę ma? Ia—ia—
O, wypierdolę cię przez okno na zakręcie.
Wertepy spokojnej dróżki odmierzały mijane jardy, a prawdopodobne—proso po lewej pojawiało się i znikało w świetle reflektorów; gdzieś przez to pole właśnie wędrował cochlea, mamroczący w swoim ślimaczym nie—móżdżku chłopaki mi nie uwierzą.
Świat dookoła zmieniał się każdego dnia i tylko Wallow nocną porą będzie takie, jak zawsze; niewzruszone, nieporuszone, skroplone subtelną nutą swojskiego bimbru. Doskonałe.
Barnaby Williamson
Wiek : 33
Odmienność : Czarownik
Miejsce zamieszkania : Stare Miasto
Zawód : oficer oddziału Czyścicieli w Czarnej Gwardii
Marvin Godfrey
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
WARIACYJNA : 13
SIŁA WOLI : 20
PŻ : 198
CHARYZMA : 2
SPRAWNOŚĆ : 14
WIEDZA : 2
TALENTY : 19
KARTA POSTACI : https://www.dieacnocte.com/t1225-marvin-godfrey#11975
KALENDARZ : https://www.dieacnocte.com/t1258-marvin-godfrey#12593
RELACJE : https://www.dieacnocte.com/t1259-marvin-godfrey#12595
POCZTA : https://www.dieacnocte.com/t1257-poczta-marvina-godfreya#12592
MIESZKANIE : https://www.dieacnocte.com/f207-dom-marvina
BANK : https://www.dieacnocte.com/t1275-rachunek-bankowy-marvin-godfrey#12905
Gdyby życie było musicalem, to ta jego scena — wyrywająca z marazmu i ciemności nocnej eskapady konfrontacja z ludnością napływową w zazwyczaj spokojnym Wallow — miałaby całkiem oryginalny akompaniament. Miks osobliwy i aż proszący się o incydent dyplomatyczny — wycie policyjnych syren mieszało się tu z rozśpiewaną, odrobinę wulgarną, a na pewno mocno irytującą, wesołą orkiestrą Mariachi. Niewątpliwie, życie Marvina upomniało się dziś o laur pierwszeństwa w absurdzie — bo kto by pomyślał, że nie tylko przyjdzie mu tuptać po zapas płynów w energetyzującym rytmie mandoliny, ale dla porcji dodatkowego dreszczyku finalnie zasiądzie na tylnym siedzeniu policyjnej limuzyny, i to bez drogi wyjścia?
Zawahał się w pół kroku, to prawda. Ale wkroczył dzielnie. Noc jest zbyt piękna na to, by spędzić ją w kajdankach, albo na dołku. Co by matka powiedziała?
Nic by nie powiedziała. Byłaby zajęta biciem go ścierą.
Płacę podatki — odparł z falsetem trzecim. Życiowy parkiet bywa śliski, a on, Marvin Godfrey, mimo prób i zawirowań łapał na nim równowagę jak pijana primaballerina — nie najgorzej, acz z przygodami po drodze. Nie dostał na to żadnego potwierdzenia, ale musiało tak właśnie być — inaczej już dawno dostałby w zęby za naśmiewanie się z tekstów burrito, wciąż wstydliwie ukrytego w pudełku i za bezpieczną pierzynką z aluminiowej folii.
Na Marvina także czekało jakieś pudełko — przestrzeń radiowozu. Ta o dziwo nie przygniatała klaustrofobiczną ciasnotą, zaś zbożowy placek wypełniając pojawiającą się momentami krępującą ciszę, dokazywał w najlepsze przez niemal całą drogę. Cierpliwy funkcjonariusz utrzymał, choć względnie, nerwy na wodzy — głupio tak bić Meksykańca, gdy ten konkretny nawet nie może nadstawić do bicia ludzkiej mordy — a Godfrey z Wallow robił, co mógł, by skryć czający się w kącikach warg uśmieszek. Mógłby spytać, skąd też wziął się taki kawał pyskatego jedzenia — nie znalazł na to dość odwagi. Tylko obiecał sobie solennie, że cokolwiek by się nie działo i jaki głód by go nie ścisnął — nie pokusi się o zamówienie u Meksykańca. Nie po to nie brał żony, by teraz przegadywał go kawałek placka wypchany czerwoną fasolą.
Stary Campbell ma wszystko po staremu, oprócz zdrowia do picia — uśmiechnął się z ulgą, że ten jeden raz może to zrobić legalnie, nie narażając się na gniew i oskarżenia o obrazę munduru.
To się Charlie zdziwi jak zobaczy Marvina na tylnym siedzeniu radiowozu.

/z tematu obaj panowie
Marvin Godfrey
Wiek : 34
Odmienność : Słuchacz
Miejsce zamieszkania : Wallow
Zawód : Złota rączka